Wieczność u Jego stóp


Właśnie trwał poród mojego drugiego dziecka, który rozpoczął się po długim i gorącym tygodniu. Byłam zmęczona, bo brakowało mi snu, a cały poród nie szedł tak jak trzeba. Jakakolwiek próba zrelaksowania się nic nie dawała. W chwili wolnego czasu zadzwoniłam do naszego kościoła, by poprosić o modlitwę za siebie podczas środowego nocnego spotkania modlitewnego. Znajomi ze szkoły rodzenia, do której chodziliśmy przyszli z kamerą, by kręcić całe zdarzenie! Wpadli oznajmiając "Mamy dobry materiał!" Jakbym o to dbała! Jedyne, czego pragnęłam to by dziecko wreszcie ze mnie wyszło! Puls dziecka osłabiał się, więc mieliśmy w sam raz czasu na znieczulenie po wejściu na salę porodów. Po chwili bum i wyskoczył! Był "niebieskim" chłopczykiem, szyjka cała owinięta kilka razy pępowiną. Był dość aktywny, kiedy był we mnie, a teraz miał kłopoty! Miał płyn w płucach i ostrą żółtaczkę. Szybko zabrano go na oddział intensywnej terapii.  Spojrzałam w górę i w lustrach umieszczonych na sali porodowej  ujrzałam pełno krwi lejącej się z łożyska. "Czy to moja krew?" spytałam. Krwotok nie ustawał. Poczułam ogromne znużenie. Próbowałam ruszać ustami i wdychać powietrze, lecz było to trudne. Czułam jak zimne "coś złego" mnie pochłania. Lekarz zawołał "Tracimy ją". Słyszałam jak pielęgniarka odczytuje moje ciśnienie krwi i ujrzałam jej pełne niedowierzania spojrzenie. Czułam jak życie ze mnie wypływało. "Jezu - krzyknęłam - mam nadzieję, że jesteś tym, w kogo od tylu lat wierzę! Proszę zaopiekuj sie moim synem, zaopiekuj się moją córeczką, tak ich kocham. Oddaję Ci swoją duszę..." i nagle ... znalazłam się ponad swoim ciałem! Wydawało się to najbardziej naturalną rzeczą na świecie!

Byłam sobie u góry, nad swoim bezwładnym ciałem, a mimo wszystko czułam się wspaniale! Byłam SOBĄ, ciałem, osobowością, a na dodatek nie czułam zmęczenia. Przyjrzałam się swojemu ciału. Kurczę, nie wyglądałam tak źle! Całe życie byłam przy kości! Zawsze porównywali mnie do mojej siostry (150 cm wzrostu, 45 kg)! Lecz tu wyglądałam całkiem normalnie. Widziałam, że nie wyglądam jak swoje lustrzane odbicie. Moje ciało miało jakby więcej wymiarów. Gdy tak analizowałam swoje ciało, cały czas byłam świadoma tego, co dzieje się w sali porodowej. Wszyscy byli strasznie zmartwieni! "Nie wyczuwam pulsu!", krzyknęła pięlęgniarka. Była w szoku, moja ciąża była raczej normalna i bez powikłań.  “Gdzie defibrylator?” Nie wiedziałam co to jest, ale brzmiało jak coś ważnego.

Smutno mi było, że tak się o mnie martwią, bo ze mną było wszystko W PORZĄDKU! Nie martwiłam się, powtarzam NIE MARTWIŁAM SIĘ o swoje nowo narodzone dziecko i córeczkę, bo wiedziałam, że są w rękach Boga. Mój biedny mąż, którego wyprosili z sali, był całkowicie zdezorientowany. Wiedziałam, że otrzyma on Niebiańską Pomoc. Gdy to wszystko się działo, nagle Światło wypełniło salę. Ręka lekarza była we mnie na głębokość, na której można by było już nafaszerować indyka. Tymczasem światło było czyste, olśniewające, lecz delikatne, radosne. Przenikało każdy zakątek sali. Gdy tak wisiałam w powietrzu nad swoim ciałem, wokół mnie znajdowały się jakieś istoty, widziałam je. Zapomnijcie o aniołkach, to byli ogromni kolesie, wielkie i silne anioły wiszące na jeszcze silniejszych skrzydłach. OOO, pióra, pomyślałam sobie. Tak bardzo chciałam dotknąć tych skrzydeł. Wydawały się tak miękkie. Już prawie chwyciłam jedno malutkie piórko, ale...nie! Nie udało się. Zadaniem aniołów było odeskortowanie mnie bezpiecznie (ale co mi groziło, zastanawiałam się) przez tunel, który otworzył się przede mną. Opuściliśmy salę i weszliśmy do tego tunelu.  

Było tam bardzo ciemno, czarno. Ciała aniołów się lekko żarzyły. Nie bałam się. Poruszaliśmy się w stronę światełka na końcu tego tunelu. Towarzyszył nam chyba świst, ale nie do końca to pamiętam, nie zdawałam sobie z niego sprawy. Tunel wyglądał, jakby był zrobiony z części zespawanych ze sobą. Były to jakby żółte płomienne pierścienie energii, które zauważyłam dopiero wtedy, kiedy przez nie przechodziłam.  Pierścienie energii wyglądały podobnie do pierścieni lub obręczy w tańcu Hopi, ale z tego zdałam sobie sprawę parę lat później. 

Gdy podróżowaliśmy tym tunelem, cały czas słyszałam jeden dźwięk. Mogłam obserwować wszystko przed sobą i za sobą. Aniołowie znajdujący się koło mnie zainteresowani byli tylko doprowadzeniem mnie do tego światła. Czułam zupełny spokój, czułam się "cała" i nie czułam bólu. Miałam na sobie coś w rodzaju jasnoniebieskiej togi.

Gdy dotarliśmy do końca tunelu ujrzałam setki, tysiące ludzi ubranych w zwykłe, białe ubranie. Każdy tam miał swój normalny wygląd. Każdy miał na sobie złotą szarfę przewiązaną na wysokości pasa. Nie widziałam tam żadnych dzieci, nie było też wózków inwalidzkich czy czegoś podobnego. Wszyscy się uśmiechali i zaakceptowali mnie taką, jaka byłam w swojej ludzkiej formie, z wszystkimi wadami! To spotkanie było radosne, a nie straszne. Jezus stał po lewej stronie, a po prawej (chociaż tak naprawdę kierunki nie istniały) stał Bóg. Do miejsca, w którym stał BÓG, prowadziły schody. A obok schodków w powietrzu wisiały małe istoty (aniołki ?), których skrzydła cały czas trzepotały. Istoty te przez cały czas śpiewały. CHWAŁA, CHWAŁA, CHWAŁA PANU! CHWAŁA BOGU, KTÓRY JEST ŚWIĘTOŚCIĄ, PRAWDĄ I MOCĄ. I tak cały czas... Tak bardzo chciałam z nimi zostać. Moja dusza się radowała, byłam radosna, a ta ISTOTA - BÓG - emanowała taką świętością, że nie mogłam spojrzeć w JEGO kierunku. To białe światło przenikało wszystko, a w tym miejscu było szczególnie silne.   

Pojawiło się podium, miałam na nim stanąć. Nagle znalazłam się w czymś w rodzaju sali sądowej. Nim rozpoczął się przegląd, zdałam sobie sprawę, że tłumy stojące "tam" słyszą i widzą wszystko i poczują wszystko, co ja czułam na ziemi! Wszyscy czekali, nikt nic nie mówił do mnie.

Pomimo że obok mnie stał Jezus, pojawiła się też zła istota. Rozpoczął się przegląd mojego życia. Wszystko, co pomyślałam, zrobiłam, powiedziałam...każde uczucie nienawiści, pomoc okazana innym, odmowa pomocy - wszystko ujrzałam w formie filmu. Jaka okrutna byłam dla ludzi! Jak bardzo mogłam im pomóc, jaka skąpa byłam w stosunku do zwierząt - TAK! Nawet zwierzęta mają uczucia. Straszne było to oglądać. Upadłam na twarz czując wstyd. Ujrzałam jak moje działanie, pomoc lub jej brak wpłynęło na innych. Dopiero wtedy zrozumiałam, że najmniejsza decyzja wpływa na świat. Naprawdę poczułam, że zawiodłam swojego Zbawcę. Dziwne było to, że mimo tych złych uczuć przez cały czas czułam ze strony Boga i wszystkich Innych współczucie i akceptację swoich wad.  

Podczas przeglądu, obok, stała ta zła istota. Spojrzałam na niego, był przystojny, nie był brzydki. Ciemne włosy, średniej budowy ciała, ubrany w czarną togę owiązaną czarnym sznurem w talii. Jego oczy przykuły moją uwagę. Były próżnią! Nie było życia i dobroci w nich. Jego jedynym celem było posiadanie i kontrolowanie mojej całej duszy. Skuliłam się ze strachu. Za każdym razem jak popełniałam błąd, on się cieszył. Krzyczał : "OOO!!! Widzisz jak nawaliła? Dlaczego nie mogła być lepsza? Dlaczego nie pomogła? Powinna być UKARANA!" Czułam się opuszczona. Moje kilka marnych dobrych uczynków było niczym według boskich standardów. Na wszystko, co dostałam, zasłużyłam. Wtedy wszystko się skończyło. Usłyszałam głośny głos wołający "CZY JEST POKRYTA KRWIĄ BARANKA?" Odpowiedź: TAK!!!

Sala sądowa zniknęła, ta zła istota, Szatan, krzyczała, syczała i skurczyła się znikając w mgnieniu oka! Wszystko zniknęło z wyjątkiem Jezusa. Wpatrywał się we mnie z NIESAMOWITĄ MIŁOŚCIĄ! Wyciągnął swoje przebite gwoździami dłonie, które mimo iż się zagoiły, cały czas miały na sobie ślady ukrzyżowania. To nie był jakiś tam wątły Jezus. Był silny, miał szerokie ramiona, świecił.

Jego długie, białe włosy niczym były w porównaniu do jego palących, kryształowozłotych oczu, które płonęły Czystością, Radością, Determinacją.  Otworzył usta, ujrzałam jego język i usłyszałam jego głośny głos, jakby pociąg towarowy przejeżdżał z wielką szybkością! Powiedział mi kim jest i że jest moim pośrednikiem między mną a Ojcem. Upadłam w pokłonie dla niego. Z radości płakałam jak dziecko. Zupełnie jak kobieta żyjąca w dawnych czasach, chciałam Go dotknąć, ale dotknęłam tylko jego szaty. Uśmiechnął się do mnie ze swojej wysokości - byłam zadowolona.

Pojawiła się gigantyczna księga ze złotymi brzegami. Ogromny palec zaczął przerzucać jej karty. W księdze były imiona kobiet i mężczyzn oraz ich dzieci. Obok imion daty śmierci osób, które już umarły. Palec przesunął się do mojego nazwiska. Usłyszałam głos "Czy to już jej czas?" Odpowiedź "Nie!" W mgnieniu oka znalazłam się z powrotem w swoim ciele.  Fuj, było takie gorące, ciężkie i spocone. Zapomnij o ruszaniu - pomyślałam sobie. Nawet oddychać było ciężko. Czułam się jak tona cegieł. Łzy spływały mi po policzkach, "chcę wracać" wymamrotałam. Pielęgniarka z promiennym uśmiechem powiedziała "Witaj wśród żywych, na chwilę cię straciliśmy. Wracać chcesz? A gdzie chciałabyś iść? Nie chcesz zobaczyć dzidziusia?" "Z dzieckiem będzie dobrze, powiedziałam, jest w rękach Boga, a ja chce wracać. Prosze pozwólcie mi!" "Byłaś w tym miejscu, gdzie wszystko jest białe?" spytała. "Tak, odparłam". "Jest tak piękne jak mówią?" Spojrzała na mnie i po cichu powiedziała "To już się u nas zdarzało. Mam nadzieję, że się też tam dostanę.

Lekarz i pielęgniarki patrzyli na mnie zmarnowani, jakby ktoś przekręcił ich przez wyżymaczkę. Moje usta wreszcie zadziałały i przeprosiłam za to, że ich trzymam przy sobie. Jak sparaliżowani spojrzeli na siebie. Następnego ranka przeszedł do mnie lekarz i złapał mnie za rękę. Byłam zaszokowana, bo wtedy to rzadko kiedy lekarz miał czas dla pacjentów w ogóle. Po cichu i spokojnie powiedział, że jak będę gotowa to powie mi co się stało. Powiedział, że stracił mnie na chwilę, nawet dwa razy, kiedy leżałam na stole. Co? Ach to, odparłam. Złapałam się za głowę, bo wszystkie wspomnienia do mnie wróciły. Po sześciu tygodniach powiedziałam mu o tym, co się stało, a on powiedział, że już wcześniej siedem kobiet z mojego kościoła miało identyczne przeżycia. Sześć kobiet z innych parafii też. Po tym, co mi powiedział, poszłam na spotkanie modlitewne pewnego wieczoru. Znalazłam wspaniałych ludzi, te kobiety naprawdę potrafiły się modlić! Gdy skończyłyśmy, tamtego wieczoru, spojrzały na mnie i powiedziały "Alexa, wyglądasz inaczej" Powiedziałam im o swoim przeżyciu. Spojrzały na siebie i się uśmiechnęły, to były one. Znalazły siebie i odnalazły też MNIE. To było wspaniałe.

Nie otrzymałam żadnego powołania po moim doświadczeniu. Po prostu wiedziałam, że mam wychowywać swoje dzieci tak by były szczęśliwe, zdrowe. W mojej rodzinie, gdzie rozwody były na porządku dziennym to było wspaniałe. Moja prababcia ze strony taty straciła swoje drugie dziecko, chłopca. Zawsze czułam, że mój synek jest kimś, kto tę tragedię ma naprawić. Teraz jest duchownym i służy Bogu, a moje dzieci kochają Pana. Jestem BŁOGOSŁAWIONA.

Aleksandra H. (3 kwietnia 1973 r.)

J 5, 24:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia.

Komentarze

Popularne posty